Moją, bezspoilerową recenzję Suicide Squad możecie przeczytać na pssite.com, niestety z różnych względów nie mogę umieścić jej na swojej stronie w całości. Z tego względu wzorem tekstu o Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów postanowiłem sklecić recenzję dłuższą, skupiającą się na szczegółach fabuły. Zapraszam i ostrzegam przed spoilerami!

Jak zapewne czytaliście, film zebrał bardzo negatywne oceny w mediach z całego świata. Nie do końca rozumiem pastwienie się nad produkcją, która miała tylko i wyłącznie bawić widza. Nikt nie oczekiwał produkcji oscarowej, ani kolejnego Mrocznego Rycerza. To kino rozrywkowe ze wszystkimi tego zaletami i wadami. Ale po kolei.

Świat zmienił się nie do poznania. Superman nie żyje, a ludzkość świadoma zagrożenia ze strony najeźdźców z Kryptona oraz Doomsdaya musi do tego doliczyć pojawiających się na Ziemi metaludzi. Świat musi nauczyć się z nimi walczyć, bo pojawienie się kogoś nowego o mocy porównywalnej z Supermanem może unicestwić całą planetę. Szalony plan obrony szykuje pracująca dla rządu Amanda Waller. Charyzmatyczna pani proponuje, aby z grupy najgroźniejszych przestępców stworzyć oddział, który mógłby wykonywać czarną robotę i podejmowałby się samobójczych misji. Tak powstaje tytułowy Legion Samobójców.

Suicide Squad nawiązuje do recenzowanego w marcu Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości.

To właśnie pierwsze 20 minut filmu jest jego najjaśniejszą stroną. Czas poświęcono na przedstawienie sylwetek postaci. Humorystyczne momenty Harley Quinn i nieco smutne sceny Deadshota wiodą tutaj prym, ale udało się znaleźć chwilę na przedstawienie Enchantress, Ricka Flaga, Kapitana Boomeranga i Killer Croca. Wstęp serwuje też gościnny występ Batmana i Flasha, co okazuje się pomysłem trafionym, bo umieszczanie ich w dalszej części filmu byłoby po prostu głupotą. Jest też Joker, ale nim zajmę się nieco później.

maxresdefault

Ayer i spółka poszli na łatwiznę i na przeciwnika grupy wybrano Enchantress – czarownicę, która opanowała ciało ślicznej June Moone. Czarownica szybko wybudza swojego brata – Incubusa, którego wygląd jest koszmarnym CGI na poziomie sprzed dwóch dekad. Na domiar złego rodzeństwo widzimy praktycznie tylko na początku i w finale filmu. Oprócz końcówki, „ci źli” nie mają żadnej interakcji z Suicide Squad, a ich motywacje wyglądają mniej więcej tak: jesteśmy źli, bo tak; zniszczymy ludzkość, bo tak… Już nie chodzi o to, że wrogów widzimy raptem kilka razy, a o to, że nie czuć z ich strony żadnego zagrożenia. Enchantress marudzi i rzuca piorunami, a Incubus, który jednym ciosem zabijał kilka osób na początku filmu nie potrafi zrobić krzywdy żadnemu z bohaterów. Nie tyle to naiwne co po prostu głupie.

Produkcję ciągną postaci. Margot Robbie wywiązała się z zadania wyśmienicie. Harley Quinn w jej wykonaniu to szalona, kręcąca tyłkiem, dziewczyna ze znakami wskazującymi na pewien rodzaj schizofrenii. Jest cholernie zabawna, jej wygląd i charakter odtworzono niemalże idealnie. Szkoda tylko, że wiele jej żartów znamy ze zwiastunów (trochę się uchowało). Deadshot sportretowany przez Willa Smitha to cyniczny płatny zabójca dość jasnym kodeksem. Nie jest to postać specjalnie oryginalna, można nawet powiedzieć, że wycięta z szablonu kina akcji, ale Will Smith przemyca to coś, czego próżno szukać u innych aktorów.

ss-harley

Czas na Jokera (Jared Leto). Zwiastuny sugerowały dużą rolę klauna, ale po zawirowaniach podczas montażu sporo jego scen wycięto. Ostatecznie otrzymaliśmy kilka minut retrospekcji i niezbyt interesującą, wyglądającą na dodaną na siłę, strzelaninę w drugiej części filmu. Jared Leto w roli Jokera mnie nie przekonał. Nie będę porównywał go do Jacka Nicholsona i Heatha Ledgera, bo oni wzorowali się na zupełnie innej wersji arcywroga Batmana. Wydaje mi się, ze Leto przeszarżował w efekcie czego w miejsce niebezpiecznego szaleńca dostaliśmy nieco upośledzonego krzykacza.

Recenzja bez spoilerów, również mojego autorstwa znajduje się na portalu pssite.com

A jak wypada reszta legionu samobójców? Rick Flag (Joel Kinnaman) jako twardo stąpający po ziemi żołnierz i spoiwo łączące ekipę wyrzutków z Amandą Waller okazał się bardzo dobrym pomysłem. Mimo, że sam przyczynił się do tragedii w Midway City wydaje się gościem, na którym można polegać i który wypada dobrze w konfrontacji z pewnymi siebie skazańcami. Katana (Karen Fukuhara) pojawia się późno, bez zapowiedzi i należytego przedstawienia. Zupełnie nie wpasowała się w grupę i jedynie fajnie wygląda na plakatach. Podobnie nie wypalił El Diablo (Jay Hernandez). Wytatuowany Latynos potrafiący miotać ogniem z racji swojej potęgi jest przez większość filmu wycofany. Oprócz sceny zwierzeń w barze pod koniec filmu zupełnie nie wiedziałem co on tam robi. Gdy już odpala (czaicie grę słów?) robi się o wiele bardziej widowiskowo. A jego walka z Incubusem? No cóż – nuda…

suicide-squad-review_0022-1200x800-c

Na drugim planie najbardziej spodobał mi się Kapitan Boomerang (Jai Courtney) jako lubiący browary, nieco zakręcony złodziej. Jest to postać, która ma przede wszystkim rozśmieszać i trzeba przyznać, że udało się osiągnąć zamierzony cel. Wypadł bardzo, ale to bardzo dobrze zarówno w dialogach jak i w humorze sytuacyjnym. Zaskakująco wspiera go Killer Croc (Adewale Akinnouye-Agbaje) czule mówiący o swoim wyglądzie i rzucający kilka one-linerów. Kosztem scen humorystycznych opisana dwójka praktycznie nie istnieje w scenach akcji. Bumerangów nie widać, Croc warczy i kogoś tam rzuca i to w zasadzie tyle.

Polecam sprawdzić animację pt. Atak na Arkham, gdzie Suicide Squad wykonuje misję dużo ciekawszą niż w aktorskim filmie. I to w kategorii 18+

Sceny akcji też nie należą do najlepszych. Jak wspomniałem wcześniej Suicide Squad dopiero w finale spotyka się z dwójką antagonistów, a do tego momentu walczy z zastępami identycznie wyglądających klonów bez twarzy. Co prawda każdy otrzymuje parę chwil na zaprezentowanie swoich umiejętności, ale walka z bezmyślnie biegnącym mięsem armatnim nijak nie może być emocjonująca. Zabrakło polotu i wykorzystania potencjału tak różnych, korzystających z zupełnie innych umiejętności, osobliwości. Jak walczyć z bezmózgowcami widzieliśmy w Inwazji na Nowy Jork w pierwszym filmie Avengers, a jak stworzyć pojedynek pomiędzy postaciami o różnych umiejętnościach pokazała lotniskowa scena w  Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów. Tutaj zabrakło polotu i pomysłów.

Legion Samobójców rozczarowuje. Nie dlatego, że jest typowym popcorniakiem, a dlatego, że nie wykorzystał wielkiego potencjału. Mając bardzo udaną Harley Quinn, mając do dyspozycji Willa Smitha powinien to być film, o którym będziemy opowiadać znajomym i wspominać go po latach. Jest zupełnie odwrotnie – wychodzimy z kina i zapominamy, co robiliśmy przez ostatnie dwie godziny. Do oceny dodaję punkt za Kapitana Boomeranga!

oceny-06

  • FABUŁA - /10
    0/10
  • RYSUNKI - /10
    0/10
  • PRZYSTĘPNOŚĆ - /10
    0/10

Warning: Illegal string offset 'Book' in /home/geeklife/domains/geeklife.pl/public_html/wp-content/plugins/wp-review-pro/includes/functions.php on line 2358

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz komentarz
Napisz swoje imię

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.