To były cztery bardzo dobre tomy Uncanny Avengers. Rozwijana na ich przestrzeni historia dobiegła końca, ale wydarzenia pozostawiły w bohaterach bardzo znaczący ślad. Nie ma jednak czasu na lizanie ran, bo na horyzoncie pojawia się kolejne niebezpieczeństwo… Oto Preludium do Axis.
W serii Uncanny Avegers ukazały się:
1. Uncanny Avengers Tom 1: Czerwony Cień
2. Uncanny Avengers Tom 2: Bliźnięta Apokalipsy
3. Uncanny Avengers Tom 3: Czas na Ragnarok
4. Uncanny Avengers Tom 4: Pomścić Ziemię
5. Uncanny Avengers Tom 5: Preludium do Axis
W porównaniu do poprzednich albumów nie mamy tutaj pełnej opowieści. Jak wskazuje tytuł, komiks jest wstępem do wydarzenia Axis, która na polskim rynku zadebiutuje jeszcze w tym miesiącu. W skład tomu wchodzą Uncanny Avengers #23-25, Uncanny Avengers Annual #1, za scenariusz do których odpowiada opiekun serii Rick Remender. Całość uzupełnia Magneto #9-10 autorstwa Cullena Bunna. Za poszczególne zeszyty odpowiadają różni rysownicy, więc przygotujcie się na prawdziwy miszmasz talentów i pomysłów. Ale po kolei.
A w zasadzie nie po kolei. Zacznę od Magneto #9-10. Eryk dręczony wspomnieniami przybywa na wyspę Genosha, gdzie urzęduje Red Skull. Czerwona Czacha przerobił wyspę na obóz koncentracyjny dla mutantów. Pojmani posiadacze genu X wiodą tutaj męczeński żywot, a za sprawą technologicznych sztuczek ich moce są blokowane. Przybycie Magneto to festiwal wspomnień i analogii do jego dzieciństwa, które spędził w Auschwitz. Przyznać trzeba, że to bardzo dramatyczne dwa zeszyty. Cullen Bunn zrobił bardzo dobrą robotę pokazując tak emocjonalnie rozchwianego Magneto. Przebitki z przeszłości świetnie budują klimat i bardzo dobrze motywują jego działania. Bardzo to wszystko dobre!
Uncanny Avengers #23-25 to pokłosie wydarzeń, do których doprowadziły Bliźnięta Apokalipsy. Koszmarnie okaleczony Alex Summers/Havok oraz jego żona Janet van Dyne (Wasp) próbuje pogodzić się ze stratą córki i kontynuować swoje superbohaterskie życie. Nie jest łatwo, nawet jeśli ich córka po prostu zniknęła przez zmianę linii czasowej. Dziwnym trafem z propozycją nie do odrzucenia przybywa do nich Immortus, który w zamian oczekuje odnalezienia i zniszczenia Red Skulla. Dwa kolejne zeszyty kontynuują wątki rozpoczęte przez Magneto i rozwijają akcję na Genoshy. Całość stanowi wstęp do Axis, więc trudno oczekiwać fabuły i sile rażenia chociażby zbliżonej do poprzednich albumów. Mimo to interakcja pomiędzy bohaterami w dalszym ciągu stoi na bardzo wysokim poziomie i po raz kolejny potwierdza, że Remender potrafi kapitalnie rozwijać charaktery postaci.
Problem z Uncanny Avengers #23-25 miałem w innym miejscu. Chodzi o kreskę. Każdy z zeszytów ilustrował inny rysownik, co bardzo utrudnia odbiór. Jeśli Daniel Acuña (ekstra rysunki tutaj i w poprzednich tomach) odpowiadający za zeszyt #25 i Salvador Larroca stojący za numerem #24 stanęli na wysokości zadania, to zupełnie nie rozumiem pracy Sanforda Greene. Postaci wyglądają niczym wycięte ze szkicownika artysty japońskiej mangi. Dziwne, dziecinne rysy twarzy nie pozwalały mi się skupić na fabule, bo non stop zadawałem sobie pytanie: czemu oni tak wyglądają? Kompletnie to do mnie nie trafiło.
Album zamyka Uncanny Avengers Annual #1 i jak to w przypadku Annuali bywa, oferuje coś zupełnie innego. Przenosimy się do świata Mojo, gdzie tworzony jest… nowoczesny i porywający serial o Avengers. Przygotujcie się na Kapitana Amerykę i Thora w rolach nastolatków w amerykańskim High School… Zabawny pastisz produkcji typu Riverdale ze wszystkimi żartami o nastoletnich miłościach i związkach. Pasuje to do reszty albumu jak przysłowiowa pięść do oka, ale zaskakująco fajnie się czytało.
Uncanny Avengers Tom 5: Preludium do Axis to jedynie rozstawienie pionków do głównego wydarzenia i tak też trzeba go traktować. Mamy tutaj małą, aczkolwiek dramatyczną i emocjonalną historię, ale na jej rozwiniecie i konkluzję trzeba poczekać. Ja bawiłem się dobrze, ale mając w pamięci poprzednie tomy, muszę wystawić sprawiedliwą ocenę.
Egzemplarz do recenzji dostarczył Egmont