Kinowe Uniwersum Marvela (MCU) zyskało niesamowitą popularność i zarabia miliardy dolarów. Nieudolne próby powtórzenia tego sukcesu przez DC pokazują, że zrobienie spójnego i interesującego uniwersum dla filmów kinowych to nie lada wyzwanie. Tort jest jednak duży, więc po swój kawałek postanowiło sięgnąć studio Universal ze swoim napakowanym gwiazdami Dark Universe. W kinach panoszy się już pierwszy, otwierający całą serię film, gdzie pierwsze skrzypce gra sam Tom Cruise. Recenzja filmu Mumia.
Zacznijmy od tego, że nowa Mumia nie ma nic wspólnego z serią filmów z Brendanem Fraserem, co osobiście uważam za wielkie niedopatrzenie studia. Mając gotowe podwalimy można było zgrabnie odwołać się do poprzednich filmów i symbolicznie przekazać pałeczkę nowej obsadzie. Nie bardzo rozumiem taką decyzję, ale studio wie lepiej (chyba).
Głównym bohaterem nowej inkarnacji Mumii jest Nick Morton (Tom Cruise), amerykański komandos i jednocześnie człowiek lubiący szybki zarobek na boku. Wraz ze swoim kumplem Vailem (Jake Johnson) wpadają na ślad tajemniczej świątyni pod małą iracką wioską. Przybyła na miejsce ekspertka od starożytnych artefaktów, a przy okazji „była” Mortona, Jenny Halsey (Annabelle Wallis) postanawia wydobyć znaleziony sarkofag i wyjaśnić skąd egipska mumia wzięła się na irackiej ziemi. Wyciągnięcie sarkofagu oczywiście umożliwia odrodzenie zamieszkującej ją przeklętej księżniczki i nowoczesny świat musi zmierzyć się z potężną istotą.
Tyle w teorii. W praktyce dostajemy bardzo słabą, pisaną na kolanie fabułę jakich widzieliśmy setki. Fartowny lekkoduch, który trafił na niesamowite znalezisko powoli zaczyna rozumieć, że zależy mu nie tylko na łatwej kasie i postanawia przeciwstawić się klątwie. I tak dalej. Pod względem fabuły film nie różni się od Mumii Frasera, a jedyną jego zaletą jest to, że próbuje położyć podwaliny pod całe uniwersum. Problem w tym, że robi to w połowie filmu i mocno zaburza jego dynamikę. Kong: Wyspa Czaszki do kolejnych filmów nawiązał jedynie bardzo fajną końcówką, reszta filmu nie rozłaziła się przez nawał informacji. Tutaj po pierwszych widowiskowych i zabawnych scenach dostajemy pół godziny opowiadania o tym, że świat nie jest taki, jaki sobie wyobrażaliśmy i zamieszkują go bardzo dziwne osobliwości. Za to bezsensowne zamulenie odpowiada ktoś, kto miał być dodatkową atrakcja produkcji. Pojawia się bowiem dr Henry Jekyll i grający go Russel Crowe. Wplecienie Jekylla w film Mumia sprawiło, że produkcja kompletnie zatraciła swój pierwotny zamysł. Po 30 minutach filmu zapomnieliśmy, że to właśnie Mumia jest największym zagrożeniem, ponieważ demoniczna księżniczka zeszła gdzieś na drugi plan.
Tym samym film cierpi na brak akcji. Wszystkich widowiskowych, zapowiadanych przez zwiastuny, sekwencji jest raptem ze trzy i na dobrą sprawę nie pokazują zupełnie nic. Mumia sprowadza jedynie burzę piaskową do Londynu i wybija szyby w budynkach. W ogóle nie czuć zagrożenia dla miasta, ludzi i świata. Ot, kolejny świrus chodzi w podartych ciuchach po mieście. Porażka.
I to by było na tyle. Mumia to bardzo nieudany wstęp do promowanego Mrocznego Uniwersum (Dark Universe), a przede wszystkim bardzo słaby film. Tom Cruise grający… Toma Cruise to zdecydowanie za mało, by zapisać się w pamięci widzów. Duże rozczarowanie.
-
FABUŁA - /10
0/10
-
RYSUNKI - /10
0/10
-
PRZYSTĘPNOŚĆ - /10
0/10
Warning: Illegal string offset 'Book' in /home/geeklife/domains/geeklife.pl/public_html/wp-content/plugins/wp-review-pro/includes/functions.php on line 2358